Prawa autorskie

Wszystkie rękodzieła, wzory, opisy, projekty oraz inne zdjęcia zamieszczone w tym blogu, są mojego autorstwa i stanowią moją własność (chyba, że wyraźnie zaznaczę inaczej), w związku z czym ich kopiowanie, publikowanie (w całości lub w części), czy też wykorzystywanie w jakikolwiek inny sposób bez mojej zgody jest zabronione, gdyż stanowi naruszenie praw autorskich (Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83). Ar_nika-(-@
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Decoupage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Decoupage. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lutego 2015

Pojemniczki miniaturki - czyli projekty nr 1 i nr 2

A propos wczorajszego posta... I wspomnianego w nim wyzwania Yadis. 
Zdaję sobie sprawę, że jestem daleko w tyle za pozostałymi uczestniczkami, ale to nie znaczy, że nie mogę jeszcze spróbować ;-)

Nr 1/52

Maleńką puszkę po oliwkach (średnica około 7cm, wysokość 4cm) ozdobiłam metodą decoupage a następnie zaadaptowałam na... przybornik krawiecki ;-) W tym celu puszeczka otrzymała szydełkowe wieczko, które może pełnić funkcję poduszeczki do szpilek, podczas gdy w środku zmieści się naparstek, nawlekacz do igieł i tym podobne drobiazgi. 


Hmmm, tak sobie myślę, że z pewnej perspektywy całość przypomina smakowitą babeczkę, choć absolutnie nie jest to efekt zamierzony. Wieczko składa się z dwóch szydełkowych "placków" - jednego płaskiego, a drugiego o dość zmysłowym, że tak powiem, kształcie... Moje zamierzenie było takie, aby ostatnie okrążenie obu składało się z takiej samej liczby oczek. Stanowiło to ułatwienie podczas łączenia obu elementów - oczkami półsłupka.


Po zrobieniu połowy ostatniego (łączącego) okrążenia, usztywniłam dno "pokrywki" wsuwając do środka koło wycięte z grubej tektury. Kiedy do przerobienia pozostało kilka oczek, całość wypchałam wypełniaczem do poduszek. Na zakończenie ozdobiłam wieczko namiastką haftu wstążeczkowego imitującego listki oraz różyczką, zrobioną według tutorialu zamieszczonego TUTAJ (sposobem drugim spośród zaprezentowanych). W środku kwiatu umieściłam jeszcze szklany koralik...


Nr 2/52

Tym razem mini-szkatułka na biżuterię (mieści akurat to, co zakładam najczęściej, czyli srebrny komplet z dużymi cyrkoniami: kolczyki wkręty, łańcuszek z zawieszką oraz pierścionek i obrączkę). W tej drewnianej beczułce pierwotnie znajdowały się wykałaczki. Zamknięcie powstało natomiast z dopasowanego rozmiarem korka od wina...


A tak wygląda cały miniaturowy zestawik - w połączeniu z kieliszkiem, który powstał przed rokiem na wyzwanie z motywem róży u Modrak.


I to by było tyle, jeżeli chodzi o dzisiejszy post...
Trzymajcie kciuki, aby udało mi się nadrobić zaległości i zacząć wstawiać projekty na bieżąco...

Pozdrawiam serdecznie!

-(-@

piątek, 8 sierpnia 2014

Baaardzo długa prywatna wymianka...

A było to tak: Pewnego dnia wypatrzyłam w piwnicy niewielką szafeczkę (zdjęcia nie mogę znaleźć i może lepiej...). Stała zapomniana obok drewna przeznaczonego na opał. Prawdopodobnie wyszperał ja gdzieś mój tata. Po jej dokładnych oględzinach zauważyłam, że ma bardzo ciekawą formę, a na dodatek roletowe zamknięcie, w jakich ze względów praktycznych ostatnio gustuję. Jednocześnie była tak niesamowicie brudna (mówiąc obrazowo: jakby wyciągnięta po latach leżenia w mule!), że niechybnie trafiłaby do pobliskiego pieca, a do tego nie mogłam dopuścić. Tym bardziej, że z racji ciągłego urządzania mojego kącika, oczami wyobraźni już widziałam dla niej miejsce ;-)

Szafeczkę co nieco oczyściłam, jednak za jej odrestaurowanie i ozdobienie nie miałam odwagi się zabrać. Postanowiłam poprosić o pomoc specjalistkę w dziedzinie przerabiania mebli wszelakich, czyli Grażynkę :-) I w ten oto sposób wczesną jesienią ubiegłego roku doszło do naszego pierwszego spotkania. Umówiłyśmy się, że w zamian za przywrócenie szafeczki do życia, uszyję poszewki na jaśki. Z surowego płótna, a mówiąc dokładniej worka na kartofle, którego - zerkając na efekt końcowy - chyba raczej trudno byłoby się domyśleć ;-) 


Ponieważ Grażynka nie życzyła sobie żadnych zapięć ani wiązań, poszewki zostały uszyte sposobem "na zakładkę". Specyfika tkaniny (a dokładnie mówiąc jej sztywność) powodowała jednak, że po próbnym wypełnieniu poszewki jaśkiem, z jednej strony ukazywała się strasząca rozmiarami japa... Uciekłam się więc do nieco zapomnianego już dzisiaj sposobu i na każdym brzydko odstającym brzegu przyszyłam po dwie maleńkie - niewidoczne na pierwszy rzut oka - metalowe zatrzaski.


Według pierwotnych planów jaśki miały zostać ozdobione nadrukiem. Ale że z nitro-transferami niestety różnie bywa - o czym sama Grażynka nie raz już się przekonała - po wycięciu poszewek postanowiłam zrobić próbkę na pozostałym skrawku tkaniny. I tu sprawdziły się moje najczarniejsze scenariusze, bo z wydruku, który na papierze był piękny i wyrazisty, na płótnie pojawił się zaledwie nikły cień... Kolejna próba również nie przyniosła lepszych rezultatów :-( 


Zastanawiając się, co z tym fantem począć obmyślałam sposoby połączenia jaśków z transferem - na przykład fundując im aplikacje z cienkiego płótna białego, na którym transfery oczywiście wychodziły. Miałam jednak wrażenie, że taka kombinacja odbierała poduchom ich surowy charakter. Podejrzewam, że trochę w tym winy mojego (utrwalonego przez lata!) zboczenia rodzinno-zawodowego, gdyż jako córka krawcowej jestem strasznie wyczulona na wszelkie niedociągnięcia, takie jak np. skrzywienia tkaniny, czy brak odpowiedniego wykończenia i zabezpieczenia szwów przez tzw. "siepaniem się", które pewnie w tym przypadku byłoby na miejscu, jednak spod moich rąk absolutnie nie chciało wyjść...


W efekcie, starając się mimo wszystko zafundować jaśkom jakąś ozdobę, a jednocześnie nie wychodząc poza  preferowaną przez Grażynkę gamę kolorystyczną (czyli beże i brązy), postanowiłam sięgnąć po technikę mi najbliższą, czyli szydełkowanie wspomagane haftem łańcuszkowym oraz drobnym ściegiem okrętkowym, przy pomocy którego - w dużym stopniu improwizując - mocowałam szydełkowe elementy do podłoża. Tym sposobem ozdobiłam komplet dwóch poszewek, trzecią pozostawiając w stanie naturalnym, dla inwencji twórczej właścicielki...     

...do której rąk wczoraj w końcu trafiły! Korzystając z przymusowej dwutygodniowej przerwy urlopowej w przedszkolu, napisałam do Grażynki maila w stylu "bierz co chcesz" i tym sposobem udało nam się w końcu zgrać czasowo ;-) Mogę więc nacieszyć oczy moim odnowionym - choć w tym wypadku właściwiej będzie powiedzieć: postarzonym - mebelkiem :-)


Szkoda tylko, że dzisiejsza aura nie sprzyja fotografowaniu - od widowiskowej burzy, jaka przeszła około północy, cały czas jest szaro-buro i pada... Nie żebym narzekała - w końcu lepsze to, niż ostatnie upały - tylko dlaczego właśnie dzisiaj?!


 I jeszcze trochę dekoracyjnych szczególików, na które nie mogę się napatrzeć:


Teraz mam przed sobą nie lada wyzwanie, aby kolejna szafeczka, jaką udało mi się niedawno zdobyć, a którą zamierzam powiesić w sąsiedztwie, nie wyglądała jak bardzo daleka i uboga krewna... Podejrzewam, że za radą Grażynki będę ją malować i przecierać do skutku ;-) Ale dopiero po tym, jak uporam się z odarciem jej ze wszystkich warstw białej farby, którymi jest pokryta...

-(-@

Aha! Zapomniałabym wyjaśnić, dlaczego to wszystko tak długo trwało ;-) Jako że obie z Grażynką cierpimy na chroniczny niedobór czasu, na wywiązanie się z umowy wyznaczyłyśmy sobie dość odległy, a zarazem potencjalnie realny ( przynajmniej tak nam się wydawało...) termin około Bożego Narodzenia. Ale, że życie bywa zupełnie nieprzewidywalne, więc minęły zarówno święta zimowe, Wielkanocne, jak i cały rok szkolny, a my wciąż nie mogłyśmy się spotkać, chociaż obiecane robótki od dawna czekały gotowe, zajmując mniej (poszewki...) lub więcej (mebelek..) powierzchni, absolutnie nie tam gdzie powinny... I nie wiem, czy Grażynkę nachodziły przez ten czas podobne myśli, jak mnie, ale chwilami miałam ochotę dorwać się do tych już wykończonych poszewek i... kompletnie je przerobić!

Zupełne wariactwo, prawda?

-(-@

niedziela, 29 czerwca 2014

Kolczyki dla Julki

W odpowiedzi na apel Darii z bloga pod nazwą "Rękodzieło Etoile" szybko wykończyłam dwie pary decoupagowych kolczyków z motywami z mojej ulubionej różanej serwetki. Jeśli komuś z Was się podobają, wkrótce będzie można je nabyć na jednej z wielu licytacji zorganizowanych przez trzy wspaniałe kobiety na rzecz niespełna rocznej Julki Piskorskiej, która urodziła się z bardzo rzadką wrodzoną wadą nóżek (bez wykształconych kości: strzałkowych, skokowych oraz piętowych). 

Więcej informacji na temat akcji zbierania pieniędzy na operację Julki znajdziecie na stronie: 
Możecie również przekazać pieniądze bezpośrednio na konto Julki, które założyła Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" http://dzieciom.pl/podopieczni/22349 ,
albo poprzez stronę SIEPOMAGA.PL http://www.siepomaga.pl/f/zdazyczpomoca/c/1402



 Rzeczywisty kolor obu par kolczyków jest gdzieś pomiędzy 
zdjęciem na jasnym, a tym zrobionym na ciemnym tle ;-)



Pomóżcie tak, jak możecie. Dzięki nam Julka ma szansę chodzić!

-(-@

sobota, 21 czerwca 2014

Zaproszenie do... sypialni ;-)

Czyli mówiąc krótko: "ekstremalne wykorzystanie przestrzeni" ;-)

Na początek fragment ściany... Gdy wpadł mi w ręce ten - całkiem sporych rozmiarów - kawałek tkaniny w iście królewski deseń, wiedziałam że "to jest to"!


 Według pierwotnej koncepcji ozdobne pasy miały mieć układ pionowy, ale po dokładnych obliczeniach okazało się, że zasłonka musiałaby się wtedy składać z trzech części (ewentualnie z dwóch, ale bez przymarszczenia - co zupełnie nie wchodziło w grę!), więc ostatecznie pasy zawisły poziomo, a zasłonki są dwie :-)


Tak natomiast wygląda podłoga:
(proszę nie regulować odbiorników - zdjęcie nie jest do góry nogami!)


A teraz widok "ściany" od strony wewnętrznej... Na metalowych wspornikach (które z jednej strony mocują łóżko do sufitu, z drugiej - chronią nas przed wypadnięciem wprost na kuchenny stół stojący poniżej...) widać mocowania do składanej półeczki pod laptopa - w planach ;-)


 U wezgłowia łóżka znalazło się miejsce na całkiem pojemną roletową szafeczkę oraz kolekcję moich robótkowych kuferków i przyborników. Zwykle odkładam tam także czytane właśnie książki, okulary i (niestety...) telefon z ustawionym na rano budzikiem.


Kawałek wolnej przestrzeni z drugiej strony materaca (tzn. tuż przy wejściu) objął w posiadanie mój mężczyzna, więc - jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach - nie nadaje się ona do wystawienia na widok publiczny ;-)

-(-@

A propos książek: moja domowa biblioteczka powiększyła się właśnie o kolejną pozycję, którą udało mi się ostatnio wygrać w candy u Natanny. Przejrzałam ją szybciutko i - tak jak się spodziewałam - przyda mi się zarówno w domu, jak i w przedszkolu. Serdecznie dziękuję :-))


-(-@

Wracając do tematów mieszkaniowych: do pełni szczęścia, czyli możliwości czytania lub dziergania w łóżku, brakuje mi jeszcze odpowiedniego oświetlenia, ale nad tym też już oboje pracujemy... Moje Kochanie główkuje nad kwestiami technicznymi, ja natomiast próbuję zadbać o estetykę...


A teraz pokażę Wam wejście - czyli mówiąc ściślej drabinkę - do naszej sypialni 
(tak, tak, dobrze widzicie - znajdującej się tuż nad lodówką ;-))


Hmmmm... Po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że ta nasza wisząca pod sufitem "sypialnia" - pomimo swoich dość pokaźnych gabarytów (285x100x75cm) - chyba kwalifikuje się do ogłoszonej przez Asię akcji Projekty dla domu ;-) ?


Niedługo postaram się pokazać nasze kolejne modernizacje...

-(-@

sobota, 14 czerwca 2014

Po owadziemu ;-)

Bo właśnie od owadów zacznę nadrabianie moich blogowych zaległości... Najpierw urodzinowe kolczyki dla siostry z lecącymi biedroneczkami (podobne wysłałam swego czasu w ramach owadziej wymianki, te jednak są prawie dwa razy większe!) Przy ich tworzeniu po raz pierwszy wykorzystałam półmatowy lakier zamiast błyszczącego i jestem bardzo zadowolona z efektu!


Tłem dla kolczyków jest natomiast kawał surowego płótna, nad którym ja z kolei uwijałam się jak mrówka, starając się sprostać wymaganiom, (a przede wszystkim gustom) jednej z blogowych koleżanek, z którą - mam nadzieję - w końcu uda nam się spotkać...  


Moja pacynkowa menażeria również wzbogaciła się o pewnego owada... Choć prawdę mówiąc wcale nie jestem pewna, czy takie maleństwo nakładane na palec (wyszperane za 1 PLN w pobliskim SH) powinno się fachowo nazywać pacynką...


 A jeśli są owady, to nie może zabraknąć kwiatów!


Te piękne maki wypatrzyłam przy drodze do pracy i oczywiście nie mogłam się oprzeć pokusie zatrzymania roweru i pstryknięcia kilku zdjęć ;-)


Ostatnio bowiem pociągi nie zawsze dowożą mnie na miejsce i ostatni odcinek drogi pokonuję na dwóch kółkach. Z powrotem jest jeszcze ciekawiej, gdyż większość składów omija miasto, w którym pracuję, więc czeka mnie kolejna 6-kilometrowa przejażdżka do następnej stacji kolejowej... Ale za to z jakimi widokami!!!


Hmmm... Takim natomiast widokiem zaskoczyła mnie warszawska starówka, którą odwiedziłam w ostatnim czasie kilkakrotnie w związku ze szkoleniem dla nauczycieli odbywającym się w MSCDN na pobliskiej ulicy Świętojerskiej (nie byłam niestety orłem z fizyki, więc nie mam pojęcia, jaka jest zasada takiej lewitacji, ale przyznacie, że wygląda to niesamowicie!)


Przy okazji przesyłam gorące pozdrowienia dla kilku współuczestniczek wzajemnego wyciskania siódmych potów (w ramionach jeszcze czuję zakwasy!). Ale, że pokłady energii moich przedszkolaków są niezmierzone, więc trzeba się było trochę poświęcić ;-)

-(-@ 

I właśnie to szkolenie jest jednym z powodów mojego zniknięcia w ostatnim czasie... 
Drugim - dużo mniej przyjemnym - był wypadek rowerowy starszego syna, zakończony skomplikowanym złamaniem przedramienia, kilkoma nieprzespanymi nocami itd.
Ale po wyczerpaniu się limitu życiowych przeszkód może być już tylko lepiej! 

PS. I będzie, zanim się obejrzysz... Naprawdę Ewa ;-))

 -(-@

sobota, 3 maja 2014

My sweet home in the forest

Moją wersję "domowej" tabliczki (na kawału płyty meblowej z odzysku) zaczęłam jeszcze w ubiegłe wakacje. Zrobiłam transfer, przykleiłam kilka kawałków serwetki i... wena uleciała. Aż do ubiegłego weekendu, kiedy to przy okazji innych drobnych prac decoupagowych wzięłam się również za mój nieszczęsny domek. Dopasowałam kolejne fragmenty serwetki, nieco przybrudziłam całość brązową patyną i...

JEST!


Hmmm... Specjalistki od decu pewnie będą miały inną opinię na temat tego, co za chwilę pokażę, ale... przez przypadek wyszła mi bardzo ciekawa faktura powierzchni ;-) Otóż malując ostatnie warstwy półmatowego lakieru (już bez szlifowania) raz wzdłuż, raz w poprzek deseczki otrzymałam delikatną krateczkę, przypominającą w dotyku grubo plecione płótno...


A wersja czysta tabliczki - przed postarzeniem i "pochropowaceniem"- wyglądała tak:
 

-(-@

Przy okazji zgłaszam moją tabliczkę na majowe wyzwanie Szuflady pod hasłem: dom.



Ciekawa jestem, czy się Wam spodoba?

-(-@

niedziela, 26 stycznia 2014

Lepiej póżno niż wcale, czyli... podsumowanie świątecznej wymianki

Zaproszenie do udziału w karteczkowej wymiance na Boże Narodzenie dostałam od Etoilee jeszcze w październiku. Z wielką przyjemnością się zapisałam. Ale mało brakowało, a dałabym straszną plamę i... zapomniałabym o przygotowaniu upominków! A wszystko przez - trwające nadal, i jak dotąd bez perspektyw na rychłe zakończenie - problemy ze stałym łączem internetowym. Na szczęście Daria, zaniepokojona moim milczeniem, przypomniała mi o zbliżającym się terminie wysyłki, dzięki czemu udało mi się wywiązać z obu wymiankowych zobowiązań. 

Moimi parami wymiankowymi zostały Ludeczka - karteczkowa specjalistka oraz Dorotka z uroczego Śmietniczka :-))  Przygotowałam dla nich takie oto karteczki:



 A takie cudeńka otrzymałam w zamian:
od Dorotki bombkę wiszącą na utrwalonej lakierem naturalnej gałązce:


 a od Ludeczki uroczego reniferka biegnącego przez tęczę :-)


Kompletna przesyłka od Ludeczki poza karteczką i słodkościami zawierała ślicznie ozdobioną maleńką drewnianą gwiazdkę (która oczywiście zawisła na mojej miniaturowej choince), kalendarzyk na nowy rok i piękne karteczkowe przydasie, których w tym roku - w związku z brakami czasowymi - nie udało mi się niestety wykorzystać, za to na przyszły będą jak znalazł :-). Poza tym mam nadzieję, że do tego czasu podszkolę się nieco w tej dziedzinie rękodzieła...


A tak wyglądała paczuszka od Dorotki:
 
Jej rozmiar, a po otworzeniu również zawartość, zaskoczyły mnie do tego stopnia, że w pierwszym momencie zastanawiałam się, czy nie przeoczyłam czegoś w warunkach wymianki, albo - co gorsza - zapomniałam o jakiejś innej blogowej zabawie. Po przeczytaniu listu od mojej pary co nieco się wyjaśniło: ponieważ Dorotka bardzo chciała, abym była zadowolona z wymianki, a specjalizuje się - podobnie jak ja - w szydełkowaniu, postanowiła zamiast własnej robótki przysłać mi coś, co na pewno mi się przyda - w pracy oraz do kolejnych robótek. I nie pomyliła się :-)) Podręcznik origami przez kilka wieczorów testowali moi synowie i wychodziły im prawdziwe cudeńka! A pacynek nigdy za wiele ;-)

Ode mnie obie dziewczyny - poza moimi pierwszymi (!) bożonarodzeniowymi karteczkami - dostały decoupage'owe kolczyki i szydełkowe dzwoneczki, a dla podniebienia tabliczkę czekolady oraz kawkę dołożoną już po zrobieniu zdjęć.




Gorąco dziękuję za miłą wymiankę :-) 

A także za Wasze serdeczne wpisy pod moim poprzednim postem :-)
Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę tu na dobre!

-(-@

niedziela, 10 listopada 2013

Wyzwanie z motywem róży

Dziś bardzo szybciutki post. Jutro mija termin kolejnego wyzwania u Modrak, więc - aby go nie przegapić - wrzucam mój różany drobiazg i znikam ;-)


Właściwie to zrobiłam dwa... I do ostatniej chwili nie mogłam się zdecydować, który zgłosić na wyzwanie. W końcu zdecydował aparat: drewniany kieliszeczek (wysokości niespełna 6 cm) ozdobiony różanymi pączkami okazał się zdecydowanie bardziej fotogeniczny ;-) 

Zgłaszam go zatem na wyzwanie z motywem róży w Modrak Cafe.


-(-@

poniedziałek, 2 września 2013

Finał wymianki z owadem

Po początkowym szale brania udziału w przeróżnych zabawach blogowych zrobiłam sobie niedawno temu dość długą przerwę. Do czasu... Jest bowiem kilka blogerek, których pomysłowość w wymyślaniu wymiankowych tematów tak mnie rozbraja, że najzwyczajniej w świecie nie potrafię oprzeć się pokusie wzięcia udziału w organizowanych przez nie zabawach :-) Do takich osób należy Etoile! Gdy zaproponowała wymiankę z owadem nie byłam w stanie odmówić sobie dołączenia do uczestniczek ;-)

Moją parą została Greenfrog - dziewczyna o bardzo szerokich zainteresowaniach i wielu talentach - m.in kulinarnym, którego bardzo jej zazdroszczę ;-) A przy okazji okazała się bardzo sympatyczna i konkretna - do tego stopnia, że zaproponowała, abyśmy wysłały swoje wymiankowe paczuszki w jednym terminie i razem mogły cieszyć się z ich otrzymania. Ale swoją oczywiście wysłała dzień wcześniej ;-))

Kolej na prezentację owadzich upominków przygotowanych na tę okazję! 
Ode mnie do Greenfrog poleciał taki oto zestawik:


Decoupagowa rameczka, czyli efekty mojego pierwszego postarzania przy pomocy patyny. Wydawała mi się trochę pusta, więc włożyłam w środek widoczek nieba - i dopiero podczas obróbki zdjęć na bloga zauważyłam, że jest... do góry nogami ;-) Upssss...


Szydełkowy motyl - gdy wpadł mi w ręce moteczek tej puszystej, bajecznie cieniowanej włóczki od razu miałam na niego pomysł! Użyłam nieco cieńszego szydełka niż zalecane, więc broszka utrzymuje kształt bez dodatkowego usztywniania :-)


Do tego kilka par kolczyków... Decoupagowe krążki z lecącymi biedronkami...


Koralikowe ważki - przy ich montowaniu pomagał mi starszy syn, bo w pewnym momencie okazało się, że dwie ręce to trochę za mało ;-) Swoją drogą to właśnie one najbardziej spodobały się mojej parze...


 A ponieważ owady do życia potrzebują kwiatów, dołożyłam jeszcze szydełkowe kwiatuszki :-)


W skład paczuszki obowiązkowo wchodzić miała karteczka, więc zmajstrowałam delikatną, pastelową... W pewnym (swoją drogą również owadzim z nazwy - hi, hi, hi!) dyskoncie skusiłam się niedawno na zestaw dziurkaczy do papieru, które przy okazji wypróbowałam...



Do paczuszki dorzuciłam jeszcze (musicie uwierzyć mi na słowo, gdyż zdjęcia kompletnej zawartości paczuszki po raz kolejny zapomniałam zrobić...) kawkę, herbatkę oraz nieco słodkości - m.in. jabłkowo-miętową galaretkę i czekam z niecierpliwością, z co też ciekawego moja para z niej upichci ;-)

 -(-@

 Do mnie od Greenfrog przywędrowałam natomiast taka oto paczuszka:


Ogromny, sutaszowo-filcowy pierścień z bajecznie kolorowym motylem - najpierw byłam zaszokowana jego rozmiarami, a później... towarzyszył mi w przedszkolu podczas owadziego tygodnia :-)


Decoupagowe kolczyki z motylkami - dużymi po jednej stronie...


... i nieco mniejszymi po drugiej :-)


Wykonana tą samą techniką zawieszka/podkładka (myślę, że jej zastosowanie wyniknie w przysłowiowym "praniu")


Nie wiem, która strona bardziej mi się podoba ;-)


W paczuszce była jeszcze zakładka do książki - także decoupagowa, ale tym razem w pszczółki :-)


Najbardziej rozczulił mnie jednak breloczek do kluczy z pajączkiem w krasnalkowej czapeczce! Między innymi z racji ogromnego nakładu pracy oraz cierpliwości, jakiej z pewnością wymagało jego utkanie... Tyle supełków! Jest naprawdę słodki :-)



Sandra dorzuciła jeszcze do paczuszki dwie karteczki - pierwszą z zaproszeniem do Turcji, w której spędziła urlop i drugą, na odwrocie której napisała do mnie kilka miłych słów. Wynikało z nich, że jest to zdjęcie zrobione przez nią samą! Urocza biedronkowa gromadka :-)

 
Aha, zapomniałabym o sznurowej bransoletce w wesołych, wakacyjnych kolorach :-)


Były też pyszne ciasteczka (smakowały wszystkim!), różnej maści herbatki oraz nieco zdrowych przekąsek - będą do pracy na drugie śniadanie ;-)

-(-@

Z wymianki jestem bardzo zadowolona :-) Przy okazji wymieniłyśmy się z Greenfrog doświadczeniami decoupagowymi (obie jesteśmy dość "świeże" w tej dziedzinie)... Mnie ciekawi jeszcze ten pierścień (a prawdę mówiąc, bardziej  moich przedszkolaków, niż mnie - niektórzy chcieliby zrobić takie dla mam ;-) Serdecznie dziękuję mojej parze za sympatyczną wymiankę :-)

Pozdrawiam - już powakacyjnie ;-)

-(-@