Prawa autorskie

Wszystkie rękodzieła, wzory, opisy, projekty oraz inne zdjęcia zamieszczone w tym blogu, są mojego autorstwa i stanowią moją własność (chyba, że wyraźnie zaznaczę inaczej), w związku z czym ich kopiowanie, publikowanie (w całości lub w części), czy też wykorzystywanie w jakikolwiek inny sposób bez mojej zgody jest zabronione, gdyż stanowi naruszenie praw autorskich (Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83). Ar_nika-(-@
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozterki blogowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozterki blogowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

Powrót z kolażem ;-)

Wracam...
"....powoli, jak żółw ociężale...."
Ale jednak :-))

Nie mogę napisać, że z nowymi siłami, gdyż wciąż się regenerują, ale ból, który nie dawał mi żyć od ubiegłej jesieni jest już pod kontrolą. Pod kontrolą właściwej osoby, czyli pani doktor anestezjolog z Poradni leczenia bólu. 

Wiem, że nie da się nadrobić kilku miesięcy nieprzespanych nocy, ale mój organizm mimo wszystko próbował ;-) A gdy po mniej więcej sześciu tygodniach dał za wygraną, zaczęłam wracać do życia. W ramach terapii antydepresyjnej zaczęłam wtedy jeździć z moim kochaniem na ryby... 

Nigdy nie myślałam, że nadejdzie czas, gdy zamienię góry na wodę, ale że obecnie o trekingu mogę jedynie pomarzyć (moja kondycja wciąż pozostawia wiele do życzenia...), więc pozostaje mi podziwiać nieco inne widoki - obiecuję wrzucić kilka zdjęć w kolejnym poście.

A dziś pokażę moje ostatnie recyklingowe dziecko
- kolaż wykonany metodą tradycyjną, 
tj. wycinanie, komponowanie i przyklejanie. 


Potrzebowałam nowej okładki do segregatora na skrapkowe przydasie
(który oryginalnie był albumem do kolekcjonowania kart Ben10).


 Chciałam, aby była to praca w stylu "cała ja"
i myślę, że mi się udało :-))


Pozdrawiam serdecznie!
A najgoręcej tych, którzy ze mną zostali :-)

-(-@

czwartek, 19 lutego 2015

52 projekty w 2015 roku - Możliwe?

 To się jeszcze okaże ;-)

-(-@

 Jakiś czas temu na blogu Yadis natrafiłam na zaproszenie do długofalowego wyzwania:


Po wyjaśnieniu Yadis, że wyzwanie - wbrew pozorom - nie ogranicza się do dzianiny, ale dotyczy wszelkich działań kreatywnych i rękodzielniczych - niezależnie od wybranej techniki, postanowiłam spróbować. I tym sposobem mam już siedem pomysłów/tygodni w plecy...

Zgłosiłam się do projektu mając nadzieję, że - jak napisałam w komentarzu u pomysłodawczyni - "będę miała motywację, aby w końcu zacząć robić coś naprawdę dla siebie…" Przecież nie samą pracą człowiek żyje, choćby nie wiem jak ją lubił.

Przeglądając moje wpisy z ostatnich miesięcy można tymczasem odnieść wrażenie, że praca pochłonęła mnie bez reszty, nie dając szans zaistnieć innym dziedzinom życia.... Czy tak było w istocie? I tak i nie... Działalność zawodowa była bowiem w ostatnim okresie tym, na co po prostu MUSIAŁAM znaleźć czas i energię. Nawet jeśli nie starczało ich dla domu i rodziny, nie wspominając już o hobby, czy życiu towarzyskim (nawet tym wirtualnym...).

Co było do przewidzenia, w końcu jednak niewłaściwie zdiagnozowany i zaleczany "na oślep" organizm, coraz bardziej osłabiony fizycznie i psychicznie, upomniał się o swoje prawa. Nastąpił, że tak powiem, strajk generalny w postaci szeregu nocy palącego bólu i bezsenności (po piątej syn zaczął mnie pocieszać, że podobno jest na świecie człowiek, który nie sypia w ogóle i żyje!).

Po wykonaniu szeregu badań (część udało się wydębić od lekarzy, za inne w desperacji zapłaciłam sama) można powiedzieć, że "jestem już w domu"... Przynajmniej na tyle, aby przestano mną w końcu pomiatać, stawiając diagnozy wyłącznie na podstawie wywiadu lekarskiego - bez wykonania jakichkolwiek analiz medycznych - i odsyłać od jednego specjalisty do innego, w celu sprawdzenia, czy to aby przypadkiem nie ten drugi powinien zająć się moim leczeniem i rozliczaniem się za nie z NFZ...

Nie dam sobie już wmówić, że to moi dzicy lokatorzy w postaci kamieni nerkowych są odpowiedzialni za pojawiające się nagle napady gorączki, nieziemskie bóle pleców prowadzące do ograniczenia ich ruchomości, a tym bardziej - za osłabienie siły rąk, drętwienie i zaniki mięśniowe (które coraz bardziej utrudniają moją działalność robótkową).

A muszę przyznać, że obecny stan (zarówno wiedzy, jak i względnego spokoju wewnętrznego) osiągnęłam właśnie dzięki specjaliście z dziedziny urologii, który nie potraktował mnie jako kolejny numerek, ale jak żywego, cierpiącego człowieka, cierpliwie wysłuchiwał kolejnych rozdziałów moich medycznych perypetii, podsuwał pomysły co do dalszego diagnozowania i jako pierwszy nadał imię nękającej mnie chorobie: Polineuralgia! Potem należało poszukać jej źródła...

Miałam szczęście, że trafiłam na takiego człowieka...
-(-@

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Zapomniane świąteczne kartki...

Zrobione, a nie wysłane... 
Wciąż obiecuję sobie, że to ostatni raz... 
Że następnym - pomyślę o nich wcześniej i... wyślę! 


W tym roku znów zabrakło mi czasu... Zdrowia...
Ale przede wszystkim serca...


Może w następnym?

-(-@

A pozostając przy kwestii czasu...  Nigdy nie wiemy, ile nam go zostało... Próbując (choć wiem, że to niewykonalne...) nieco nadrobić okres mojej nieobecności w blogosferze, natrafiłam na wpis o śmierci Agnieszki, autorki bloga http://agnesbizu.blogspot.com/. Odeszła w sierpniu. Kilka dni później, niż mój tata...  

Agnieszka pozostawiła po sobie zaczątki sutaszowej pracy, z której inne wspaniałe biżuteryjki wyczarowały cudowny naszyjnik przeznaczony na tegoroczną aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.  Wędraś sutaszowy Non Omnis Moriar  - bo taką właśnie otrzymał nazwę - wygląda przepięknie i z pewnością kryje w sobie niesamowitą moc!

-(-@

Początek nowego roku powinien być czasem radości, nadziei, marzeń i nowych planów...

Tylko tak trudno jest wrócić do planowania, gdy nagle uświadamiamy sobie, jak niewiele od nas zależy. Ze tak naprawdę wiele decyzji podejmowanych jest bez naszej zgody, a nawet wiedzy...

Że wielu spraw, projektów nie będzie nam dane doprowadzić do końca... Że ciało i umysł w każdej chwili mogą odmówić nam posłuszeństwa... Przekonałam się o tym na własnej skórze.

A oto dowód:


Pod koniec października - czując  wciąż w kościach niedawny pobyt w szpitalu i bolesne badania - zaliczyłam pobudkę w przydrożnym rowie po tym, jak będąc na nogach od trzeciej nad ranem (standardowa pora wstawania, aby dotrzeć do pracy na pierwszą zmianę), wieczorem najzwyczajniej w świecie zasnęłam... za kierownicą...

Na szczęście dzięki uprzejmości oraz pomysłowości innych kierowców (zwłaszcza pana prowadzącego tira, wypełnionego... zniczami!) samochód został wyciągnięty, zwichrowane koło zmienione, a ja - z nerwami w strzępkach i zawieszeniem w rozsypce - w żółwim tempie przejechałam ostatnie pięćdziesiąt km dzielących mnie od domu.

 -(-@

 Jak zatem najlepiej wykorzystać ten czas, który nam jeszcze pozostał?!

Na czym należy skupić się w pierwszej kolejności?!

Ja nadal nie wiem...

-(-@

czwartek, 1 stycznia 2015

Górski reset

Od kilku tygodni przygotowywałam posta podsumowującego - najpierw okres mojej nieobecności, później - cały miniony rok... Ale kipiał od smutku i żalu, więc chyba lepiej było go nie publikować. Z tych samych - oraz wielu innych - powodów, w tym roku uciekłam od świąt. A właściwie to tym razem uciekliśmy we dwoje... 

Oczywiście w góry :-)


Najpierw na Babią, do której dostępu broniły tym razem lodowe pola, mgła i szaleńczy wiatr utrudniający nie tylko kroczenie przed siebie i wypatrywanie szlaku, ale chwilami także zaczerpnięcie oddechu...


Gdy królowa Beskidów na chwilę stawała się łagodniejsza (np. w zaciszu przełęczy), naszym oczom ukazywały się bajeczne zimowe formy... 


 Do szczytu dotarliśmy prawie po omacku i jak najszybciej uciekliśmy w niższe partie... Tym bardziej, że  tym razem nie mieliśmy szans na piękne widoki, a promieni popołudniowego słońca można się było jedynie domyślać za grubą warstwą chmur...


Na dodatek aparat zastrajkował od mrozu, więc do końca wyprawy skazani byliśmy na robienie zdjęć jedynie komórkami... PS. Ostatniego dnia już tylko jedną.


Po zejściu czekał nas komfortowy nocleg (czapki, rękawiczki, polary i podwójne śpiwory) na przełęczy Krowiarki ;-) A następnego dnia o świcie - spacer czerwonym szlakiem w kierunku Hali Krupowej.


Minęliśmy - będące pomnikiem ku pamięci ofiar wypadku lotniczego sprzed lat - lustrzane skrzydło samolotu, odbijające pokryty śniegiem krajobraz...


...oraz dziesiątki powalonych świerków - swoisty pomnik szalejących sił natury...


 Po krótkim odpoczynku w schronisku i pospiesznym powrocie tą samą trasą, przy nieustannie sypiącym śniegu i coraz silniejszym wietrze, podjechaliśmy do Rabki...


Tam mogliśmy podziwiać przepięknie odrestaurowany dworzec kolejowy - nareszcie wygląda tak, jak na popularne uzdrowisko przystało...


... i świąteczne dekoracje w parku zdrojowym: np. cieszącego się ogromną popularnością anioła...


...podświetlone fontanny...


... i ogromne choinki przy pomniku Jana Pawła II.


Nasz przyjazd do Rabki miał jednak na celu przede wszystkim znalezienie mapy, która wskazałaby nam najkrótszą trasę na Turbacz - wciąż bowiem nieśmiało marzył nam się widok na Tatry, którego Babia Góra nam poskąpiła...


Jak kilka lat temu zachwycaliśmy się leżącą u stóp Diablaka Lipnicą, tak tym razem podobne wrażenie zrobiły na nas podgorczańskie Koninki. I estetyka prowadzących stąd górskich ścieżek...

 

Kroczenie szlakiem  po dziewiczym, nieprzedeptanym śniegu, w promieniach wschodzącego słońca... Hmmm... Tego uczucia nie da się opisać!


Gorczański Park Narodowy przywitał nas mnóstwem zwierzęcych tropów, których autorów (rysie, sarny, niedźwiedzie?)  mogliśmy się jedynie domyślać... 


Z bogatej palety ptactwa udało nam się wypatrzeć jedynie podskakujące na pniach wiekowych świerków oraz buków kowaliki (głowami do dołu - to ich znak rozpoznawczy).


Aby nasycić oczy - i pamięć aparatu ;-) - pięknem chronionych okazów przyrody będziemy musieli wybrać się tu latem...


 Coraz silniejsze promienie słońca prowadziły nas wciąż pod górę...

 
...przez leśne dróżki...


 ... i otwarte polany...


... oczarowując nas setkami odcieni bieli...


... oraz kusząc obietnicą coraz piękniejszych widoków...


 I oto jestem :-) Ta czarna mróweczka przed schroniskiem :-)


I zgadnijcie na co patrzę???


Na moje wytęsknione Tatry, otulone grubą kołderką chmur!


Na szczyty, których zdobywanie zmuszona byłam tym razem sobie odpuścić - przede wszystkim ze względów zdrowotnych, gdyż mój organizm, wymęczony zażywanymi od kilku miesięcy lekami, mógłby nie sprostać takim wymaganiom...


 W holu schroniska zachwyciła mnie natomiast maleńka szopka...


... a przede wszystkim zdobiąca ją (i okna) papierowa gwiazda, stanowiąca połączenie ludowej wycinanki oraz kirigami. 


 Wracając zatrzymaliśmy się na chwilę przed tablicą upamiętniającą bohaterskich GOPRowców.


 Przez czoło Turbacza przechodziliśmy po raz pierwszy (jakoś nigdy dotąd nie było po drodze...)


Zanim zeszliśmy w las, raz jeszcze obejrzeliśmy się na pozostawiane w tyle zimowe widoki...


Słońce, śnieg i mróz to trójka niesamowitych malarzy!


Próbowaliśmy uwiecznić na  fotografii ich wspaniałe dzieło...


...i wypatrzoną przez moje Kochanie pradawną mapę, w jaką ułożyły się słoje ściętego drzewa...


Pomachaliśmy na pożegnanie bałwankowi, którego ktoś zostawił na szlaku...


Gdyby nie 10-ciostopniowy mróz, jaki przywitał nas na parkingu, i perspektywa kolejnych opadów śniegu, pewnie zostalibyśmy jeszcze na jeden dzień... Ale czasami nie warto ryzykować... Lepiej cieszyć się tym, co udało się zdobyć i zobaczyć... I bezpiecznie wrócić do swojej norki...

-(-@

Chcę bardzo podziękować za wszystkie życzenia świąteczne. 
Za pamięć tym, którzy wciąż jeszcze mnie odwiedzają...
Choć ja nie mam czasu ani siły, aby zaglądać do Was...

-(-@

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2015!!!

sobota, 2 sierpnia 2014

Dolna Saksonia - czyli nasz pierwszy urlop bez gór...

Było kilka powodów (zdrowotnych, rodzinnych itd.), dla których zdecydowaliśmy się zmienić w tym roku nasze wakacyjne zwyczaje... A zaraz po powrocie bardzo chciałam o tym wyjeździe zapomnieć... Mówiąc krótko: świat jest piękny, życie wspaniałe, ale ludzie... szkoda gadać! Musiało upłynąć kilka ładnych tygodni, abym zdołała odnaleźć pozytywne strony tegorocznego wyjazdu. 

Wybaczcie więc, że zasypię Was dzisiaj zdjęciami, ale aby przyćmić to, co było złe, potrzebowałam najpierw zupełnego oderwania się od wspomnień (czemu sprzyjał wir pracy, jaka czekała na mnie w domu i w przedszkolu), a następnie wnikliwego przejrzenia (wczoraj po raz pierwszy!) uwiecznionych na fotografii krajobrazów, przeróżnych miejsko-wiejskich obrazków, a przede wszystkim mnóstwa detali, którym wprost nie sposób było się oprzeć! Właśnie te szczególiki są chyba najbardziej urokliwe ;-) I chciałabym pokazać ich jak najwięcej...

Miejsca, które najbardziej zapadły mi w pamięć to maleńka i niezwykle klimatyczna wioska o nazwie Plate, oraz miasta powiatowe zwiedzanego przez nas regionu, czyli Lüchow i Dannenberg. W Dannenbergu zauroczył mnie taki oto obrazek, przedstawiający maleńką kwiaciarenkę w zabytkowej kamieniczce:


A poniżej wystawa przed sklepikiem z artykułami dekoracyjnymi - tutaj nikt nie chowa jej na noc w obawie przed złodziejami, gdyż tych zwyczajnie nie ma!


W Dannenbergu funkcjonuje również teatr marionetkowy.


A architektura tego regionu jest po prostu urzekająca!




-(-@

 Lüchow to również zabytkowe, malownicze uliczki...

 

...na których każdy budynek jest jedyny i niepowtarzalny!

 

Ogrom wspaniale utrzymanej zieleni...


I drzwi wejściowe, które same w sobie wystarczą za zaproszenie do środka...


Szyldy i lampy, jakby z dawno minionej epoki...


No i okienka - a każde stanowi obrazek jedyny w swoim rodzaju :-)



Nad miastem góruje przepięknie utrzymana wieża ciśnień z 1909 roku...

 

 


Bogato zdobione budynki użyteczności publicznej także cieszą oczy...

 

 

 

 A kramarka na głównym ryneczku zachęca do zakupów...


-(-@

Nadeszła pora na przycupnięte do Lüchowa Plate...


 

Tutaj każdy budynek, ogród, detal zasługuje na indywidualną sesję fotograficzną!


 

 Historię tego miejsca wprost czuje się w powietrzu...

 


 A okna domów - sami zobaczcie, czy nie są bajeczne?!

 

 -(-@

Zakosztowałam też nieco historii i kultury, odwiedzając - oczywiście na rowerze - skansen w Lübeln...



...oraz podziwiając osiemnastowieczną kaplicę w Metschow, zbudowaną - jak większość tamtejszych budowli - z muru pruskiego...



Udało nam się także poczuć atmosferę wielskiego festynu w Wüstrow...
A Niemcy potrafią się bawić! Oj, potrafią...

 

 


W centrum Luchowa wypatrzyłam natomiast taką oto ogólnodostępną biblioteczkę:


 -(-@

A teraz pora na lekcję biologii. Dorzecze Elby (czyli po polsku Łaby) to ostoja nieskażonej przyrody i nagromadzenie obszarów chronionych...



 ...wspaniale utrzymane ścieżki turystyczno-przyrodnicze, zarówno piesze, jak i rowerowe...


 Znajdujące się wzdłuż szlaków tablice informacyjne chwilami wprawiają w zachwyt!


 Wspaniała lekcja przyrody...

  
 ...ale także historii...

 

...i archeologii...


Jeden z takich szlaków doprowadził nas do ośmiokondygnacyjnej wieży widokowej!

 

Wejście na szczyt (zwłaszcza dla dwójki z nas cierpiącej na lęk wysokości) było nie lada wyczynem!

 

Ale za to ze szczytu mogliśmy podziwiać panoramę całej okolicy (dawniej właśnie tutaj przebiegała granica pomiędzy wschodnimi, a zachodnimi Niemcami).

 

 W pobliżu Trebel znajduje się architektoniczna pamiątka z tamtego okresu - podobno o charakterze szpiegowskim ;-)

 

 -(-@

 A oto efekty moich obserwacji przyrodniczych: tama zbudowana przez bobry na rozlewiskach w pobliżu wałów przeciwpowodziowych.


 Czapla siwa - wypatrzona również na tychże rozlewiskach.

 

Rodzinka bocianów - młode właśnie pobierały pierwsze lekcje latania.  


Oraz żaba wylegująca się na kamieniu przed jednym z domostw - hi, hi, hi...


 Próbowałam uchwycić jeszcze drapieżniki latające nad rzeką, ale tu niestety boleśnie dały o sobie znać braki sprzętowe... Aparat z teleobiektywem potrzebny od zaraz ;-)

-(-@

Na wodach Łaby prężnie funkcjonuje również transport wodny...


...który w Polsce jest praktycznie w zaniku. A szkoda... 


 -(-@

A na zakończenie jeszcze kilka barwnych, saksońskich obrazków...
 

Dachy kryte strzechą...


Obejścia stanowiące odzwierciedlenie charakteru i pasji właścicieli...




Budynki gospodarcze pięknie wkomponowane w podwórka...


Drzwi, jak do zaczarowanego świata Alicji...


...z przepięknym ceramicznym uchwytem dzwonka...


Okna z duszą...


...nawet, jeśli są tylko malunkiem na ścianie...


Skrzyneczki na listy...



...ławeczki...



Bajkowy urok ogrodowych skrzatów...


I ich życzliwe uśmiechy na progu...


Kapitan, który chętnie dotrzyma towarzystwa podczas picia porannej kawy na tarasie, lub podziwiania zachodu słońca...


A pamiętacie tę wesołą gromadkę?


To oczywiście czterej muzykanci z Bremy!

-(-@

Urlop w tak klimatycznym regionie powinien upłynąć jak w bajce... Ale stało się inaczej... 

Dlaczego? Ponieważ niektórzy Polacy mieszkający w tym jakże pięknym otoczeniu, wśród otwartych, pogodnych ludzi przyjmujących z radością i spokojem to, co daje im życie, nie potrafią wyzbyć się naszych paskudnych cech narodowych: egoizmu, podejrzliwości, chamstwa i brutalności...

A szkoda... Bo o człowieku nie świadczy to, jak dobrze potrafił się ustawić w życiu, ale to, w jaki sposób odnosi się do drugiej osoby. Czy pomimo tego, ile zdobył, potrafi traktować innych z należytym szacunkiem. Zwłaszcza, gdy wyraźnie przewyższają go posiadaną wiedzą oraz wiekiem, a co za tym idzie również doświadczeniem życiowym.

Odrobina kultury osobistej i zaufania do innych nikomu jeszcze nie zaszkodziła, za to ich brak - owszem... Na dodatek w pewnym nasileniu nosi znamiona naruszenia prawa. I wypadałoby o tym pamiętać, bo można trafić na kogoś bardziej zawziętego niż ja, kto w obronie godności i nietykalności osobistej (swojej czy swoich dzieci) zdecyduje się wystąpić na drogę sądową.

Ja postanowiłam poczekać na przeprosiny...
-(-@